Polacy, czy naprawdę tego chcecie?

Mało kto w Polsce zna język węgierski. Mało kto zdaje sobie sprawę z rzeczywistej sytuacji politycznej na Węgrzech oraz w końcu, mało kto wie co w rzeczywistości niesie za sobą hasło: "Przyjdzie taki dzień, gdy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt." Autor, emerytowany oficer Agencji Wywiadu doskonale odnajduje się w węgierskich realiach. Dzisiejsza publikacja opisująca niektóre aspekty tzw. dekomunizacji dotyczące służb mundurowych, pozwala przyjrzeć się z bliska węgierskim wzorcom, z których (odwołując się do powyższego cytatu) chcą czerpać nasi rządzący.

Represje polityczne Rządu V. Orbana na Węgrzech
(niektóre aspekty tzw. dekomunizacji – dotyczące służb mundurowych)


Tematyka rozliczeń z dziedzictwem komunizmu funkcjonowała w debacie publicznej na Węgrzech od przełomu 1989/1990 roku. Po ustawowym potępieniu w 1991 r. garstki bezpośrednio zaangażowanych w stłumienie powstania 1956 roku funkcjonariuszy partyjno-rządowych oraz obcięciu im wysokich świadczeń emerytalnych na wiele lat znikła jednak z życia publicznego. Nieliczni radykałowie dawnej, antysystemowej opozycji usiłowali wracać do tematu, jednak bez powodzenia. Większość Węgrów wydawała się wychodzić z założenia, że skoro upadła jedna, narzucona im konwencja systemowa i zaczęła się inna, bardziej demokratyczna, to trzeba się znowu dostosować i patrzeć w przyszłość. Taki już ich los. Obce rządy narzucali im już Rzymianie (400 lat), Osmanie (150 lat), Habsburgowie i cesarz Franz Joseph I (200 lat), w końcu Rosjanie (zaledwie 45 lat).

Większość dzielnie służących „gulaszowemu socjalizmowi” wojskowych, działaczy partyjnych, funkcjonariuszy ludowej milicji i służb specjalnych znakomicie wkomponowała się po 1990 r. w nowe realia. Można to chyba uznać za cechę charakterystyczną Węgrów – umiejętność „znalezienia się” po właściwej stronie, stosownie do potrzeb i okoliczności.

Kiedy ten niezbyt wielki kraj w 1941 r. liczył na pomoc A. Hitlera w przywróceniu Wielkich Węgier jego rząd nie zawahał się wypowiedzieć wojny… Stanom Zjednoczonym! Niewiele wcześniej Węgry szukały pretekstu do wypowiedzenia wojny… Związkowi Radzieckiemu, obawiając się, że „zwłoka” obniży ich prestiż w oczach decydentów hitlerowskich. 26 czerwca 1941 r. węgierscy wojskowi wydali rozkaz zbombardowania Koszyc, po czym do Budapesztu wysłano meldunek, że ataku lotniczego dokonali Rosjanie. Regentowi Królestwa Węgier Miklósowi Horthyemu oraz premierowi László Bárdossy na wypowiedzenie wojny Stalinowi wystarczyło 80 minut! Wkrótce po podjęciu stosownej uchwały nadszedł meldunek od komendanta obrony Koszyc, że to nie były rosyjskie bombowce. Stalin raczej się nie przestraszył, natomiast pod naciskiem Kremla wojnę Węgrom wypowiedziała Wielka Brytania.

Dekomunizacyjne demony przeszłości na dobre zbudziło w Budapeszcie dopiero powtórne (po epizodzie 1998-2002) objęcie władzy przez Victora Orbana po wyborach parlamentarnych w kwietniu 2010 r. Tzw. drugi rząd Orbana i jego centro-prawicowej partii FIDESZ doszedł do władzy na fali społecznego rozczarowania rządami Węgierskiej Partii Socjalistycznej (WPS) F. Gyurcsanyego oraz na skutek narastającego światowego kryzysu gospodarczego. Kryzys sprzyjał populistycznej retoryce obciążania WPS winą za aktualny stan państwa, a także nakręceniu propagandy przeciwko socjalistom i tym wszystkim, którzy mieli związek z kolejnymi rządami po roku 1990. Do tego dochodziła nagonka przeciw tzw. funkcjonariuszom komunistycznej władzy, zwłaszcza z roku 1956 r. Wśród tych ostatnich znaleźli się, chociaż nie od razu, nawet szeregowi funkcjonariusze służb specjalnych.

Dziś do kolejnych grup degradowanych funkcjonariuszy dołączyli policjanci uczestniczący w tłumieniu rozruchów organizowanych przez FIDESZ w 2006 r. Ich winą miał być fakt, że przeciwdziałali słusznym wystąpieniom obywateli przeciw postkomunistycznemu reżimowi.
Orban wiedząc, jako były futbolista, że tak się gra jak przeciwnik pozwala, dochodząc powtórnie do władzy postanowił „ciąć” głęboko i radykalnie. Kto chce wniknąć i zrozumieć bliżej aktualną węgierską politykę, która jest bezpośrednią wykładnią psychiki V. Orbana, powinien sięgnąć do książki Igora Janke „Napastnik – opowieść o Viktorze Orbanie” (wyd. DEMART SA, Warszawa 2012). Wyczyta z niej, jak wiele pomysłów Orbana usiłuje wdrażać Jarosław Kaczyński i czego należy się spodziewać, zgodnie z hasłem: „Będzie jeszcze Budapeszt w Warszawie!”.

Dekomunizacja nad Dunajem

Ponieważ poprzednicy Orbana zepsuli budżet starając się zaskarbić sobie poparcie m.in. emerytów i rencistów, np. „trzynastymi emeryturami” lub jej zwiększaniem, gdy umierał małżonek, rząd FIDESZ już w 2011 r. rozpoczął gruntowną reformę emerytalną. Nieco wcześniej F. Gyurcsany, w reakcji na narastający kryzys, podniósł koszty pracy zwiększając składkę emerytalną po stronie pracodawcy z 22% na 24%, a po stronie pracownika z 8% na 9%. Odciążyło to co prawda budżet państwa, ale zmniejszyło konkurencyjność gospodarki i jeszcze bardziej pogłębiło recesję.

Orban zdecydował się nie obniżać nikomu emerytur, tylko je „zamrozić”, co nie wzbudziło społecznego sprzeciwu. Postanowił też stopniowo (do 2020 roku) podwyższać wiek emerytalny z 62 do 65 lat. Powyższe zmiany nie dotknęły sędziów ani urzędników państwowych. Dopiero likwidacja odpowiednika naszego OFE (II filara) nie spodobała się sporej grupie Węgrów.

To, co nazywa się dziś „dekomunizacją”, wraz z jej finansowo-karnymi konsekwencjami, zaczęto wdrażać w życie pod koniec 2011 roku. 30.12.2011 r., tuż przed wprowadzeniem całkowicie nowej konstytucji (1.01.2012), parlament węgierski przyjął ustawę obciążającą istniejącą obecnie Węgierską Partię Socjalistyczną (WPS) współodpowiedzialnością za dawne zbrodnie komunistyczne. Ułatwiły to m.in. następujące fragmenty obszernej „preambuły” do nowej konstytucji:

(…) Odrzucamy przedawnienie nieludzkich zbrodni dokonanych przeciwko narodowi węgierskiemu i jego obywatelom przez rządzące dyktatury: narodowych socjalistów i komunistów.
Nie uznajemy prawnej ciągłości komunistycznej „konstytucji” z 1949 roku, która była podstawą reżimu, dlatego ogłaszamy jej nieważność.
(…) nasza dzisiejsza wolność wyrasta z Powstania 1956 roku.
(…) Uznajemy, że po dziesięcioleciach XX wieku, prowadzących do moralnej zapaści, istnieje niezbędna potrzeba duchowej odnowy.


Tym zdaniem formalnie zanegowano przynajmniej 10 lat transformacji Węgier po roku 1990, a w istocie zasugerowano, iż wszystko to, co było przed rządami Orbana, było „moralną zapaścią”

W dalszej części preambuły znalazły się jeszcze mocniejsze sformułowania: „Obecne węgierskie państwo prawa nie może zostać oparte na zbrodniach reżimu komunistycznego”, „Węgierska Socjalistyczna Partia Robotnicza i jej poprzednicy prawni oraz inne, posłuszne im polityczne organizacje stworzone w ramach ideologii komunistycznej, były organizacjami przestępczymi, których przywódcy są odpowiedzialni [podkreślenie autora], bez możliwości przedawnienia, za utrzymanie opresyjnego systemu, kierowanie nim, łamanie prawa i zdradę narodu”.

Co ciekawe, rząd Orbana rozpoczął swoją krucjatę dekomunizacyjną nie od funkcjonariuszy mundurowych (oskarżanych pojedynczo, lub na zasadzie zbiorowej odpowiedzialności, jak w Polsce), tylko od instytucji w istocie najbardziej politycznie odpowiedzialnej, a więc poczynając niejako „od głowy”. Można spekulować, że Orban mógł się wtedy jeszcze obawiać swego rodzaju puczu ze strony dosyć licznych i wpływowych kręgów funkcjonariuszy, którzy służyli przed transformacją 1990 r., a także prostych wykonawców poleceń „głowy”, uwikłanych w system wzajemnej inwigilacji, który na Węgrzech, po stłumieniu rewolucji 1956 r., był znacznie bardziej rozbudowany niż w innych państwach Europy Środkowej.

Ustawa stanowiła doskonałą przygrywkę do dalszych etapów dekomunizacji, w tym rozszerzenia kręgu osób nią objętych, bo kiedy mówiono o potrzebie rozliczenia się ze sprawcami, to – na równi – ujawnić, potępić i ukarać chciano nie tylko oficerów prowadzących tajnych współpracowników, ale także samych TW – jako „bolszewickich agentów”.

Ustawa z 30.12.2011 r., obciążająca obecnych socjalistów (WPS), szła dalej niż konstytucja, gdyż traktowała wszystkich członków partii jako „postkomunistów”, a WPS jako „dziedziczkę” WSPR. W efekcie stygmatyzowała dzisiejszych socjalistów winą za dawne zbrodnie komunistyczne. Zapowiedziano w niej m.in. utworzenie, mającego badać zbrodnie z czasów komunistycznych, Nemzeti Emlékezet Bizottsága (Instytutu Pamięci Narodowej). Jego powstanie uchwalono ostatecznie 17.12.2013 r.

Od 1 stycznia 2014 r. każda ofiara donosów mogła „poznać nazwiska inwigilujących ją agentów i publicznie je ogłosić…”. Tu, dla porządku, należy wspomnieć, że wbrew zaciekłym orędownikom tezy, iż prawda nas wyzwoli i wspomnianej w ustawie możliwości ostracyzmu społecznego, niewielki odsetek Węgrów skorzystał z przysługującego im prawa. Pokazuje to, jak bardzo sprawa ta bywa instrumentalizowana przez polityków dla ich partykularnych celów. W ustawie zaakcentowano też konieczność zmniejszenia emerytur lub innych świadczeń otrzymywanych przez byłych szefów komunistycznej dyktatury. Dodano też, że pochodzące z tego działania dochody powinno się przeznaczyć na złagodzenie krzywd osób poszkodowanych przez dyktaturę i pielęgnowanie pamięci ofiar.

Szkopuł w tym, że ewidentne przestępstwa, czy wręcz akty „zbrodnicze”, zostały osądzone i ukarane już wcześniej! Mimo wszystkich ułomności sądy Węgierskiej Republiki Ludowej starały się zadośćuczynić ofiarom represji. Żeby obejść te problemy, jeszcze raz wskazać zgodnych z wolą władzy sprawców i wykorzystać to wszystko politycznie, należało przygotować stosowną procedurę dekomunizacyjną, z odpowiednią frazeologią i narracją. Posłużyło temu wprowadzenie 2 stycznia 2012 r. 2011 CCX törvény (Prawa 2011 CCX), szczegółowo akcentującego, jakie to przejawy „zbrodni komunistycznych nie ulegają przedawnieniu zgodnie z międzynarodowym ustawodawstwem na temat zbrodni ludobójstwa”. Ustawa przewidywała karę trzech lat więzienia zarówno za negowanie zbrodni komunizmu, jak i zbrodni nazizmu.

Na pierwszego oskarżonego perfekcyjnie wprost nadawał się ostatni z prominentnych dygnitarzy dawnego reżimu, żyjący wtedy jeszcze 90-letni Béla Biszku, członek Biura Politycznego WSPR oraz minister spraw wewnętrznych w latach 1957-1961. Znany z brutalnej rozprawy z powstańcami 1956 roku oskarżony został przez Prokuraturę Generalną Węgier o „publiczne negowanie zbrodni narodowego socjalizmu i komunizmu”. Pretekstem było bagatelizowania skali represji popowstaniowych w wywiadach dla Telewizji DUNA, a także współsprawstwo. B. Biszku został osądzony i w 2014 r. skazany na 2 lata więzienia w zawieszeniu. Zmarł 31.03.2016 r. nie doczekawszy uprawomocnienia się wyroku i kary ostatecznie uniknął.

Kiedy, w wieloetapowym procesie, Sąd Apelacyjny w Budapeszcie odsyłał w 2015 r. sprawę Bėli Biszku do ponownego rozpatrzenia jako powód wskazał wyraźnie „zaistniałe zasadnicze i rzeczowe różnice w kwestii ustaleń co było jego odpowiedzialnością historyczną, a co kryminalną”. Mamy tu więc pewną analogię do procesów gen. Czesława Kiszczaka i gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Politycy i rządzący mogą osądzać historię jak chcą, co nie zmienia faktu, że losy każdego narodu i państwa były takie, jakie były. Jak je ukształtowała historia. Ani dobra, ani zła w swej istocie. Trudno budować narodową tożsamość w oparciu o wyimaginowane, celowe sprawstwo pojedynczych, „złych” obywateli, jakkolwiek zdolni i wpływowi by nie byli. Nie zmienia to faktu, że mało co tak dobrze od stuleci służy populizmowi polityków, jak wskazanie winnego – „wroga ludu” i urządzenie igrzysk, w których owego wroga „w imię sprawiedliwości społecznej” spotyka przykładna kara, nawet jeśli to oznacza odwet. Istotę tej politycznej ślepoty i „polowania na czarownice”, znakomicie ujął prof. Karol Modzelewski, pisząc:

Okrzyki zgrozy wydawane w naszych czasach przez publicystów piszących o PRL świadczą jednak nie tyle o wysokich standardach moralności autorów, którzy tak bardzo się oburzają, ile o niedostatku historycznej wiedzy i wyobraźni.
(K. Modzelewski: „Zajeździmy kobyłę historii”, Wyd. ISKRY, Warszawa 2013, str. 116).

Przychodzi ona bardzo w sukurs spostrzeżeniu sędziów Sądu Apelacyjnego w Budapeszcie, analizujących sprawę B. Biszku.

Przywileje emerytalne dla mundurowych

Emeryci i renciści „mundurowi” na Węgrzech, w odróżnieniu od Polski, byli i są włączeni do powszechnego systemu emerytalnego (którego zręby uregulowano ustawami: LXXX, LXXXI, i LXXXII w 1997 r.). Dopiero niektóre szczegółowe zapisy tych ustaw i aktów niższego rzędu, uwzględniają specyfikę służb mundurowych i różnicują kondycję funkcjonariuszy. Mimo wieloletnich postulatów (zwłaszcza radykałów stojących jeszcze bardziej na prawo od FIDESZ-u V. Orbana), żeby starym, komunistycznym funkcjonariuszom i ich agentom odebrać „przywileje emerytalne”, sprawa ta przeciągała się w czasie. Po pierwsze nie było to łatwe prawnie, po drugie kolejne rządy nie kwapiły się do zdekomunizowania kadr, które po 1990 r. znakomicie odnalazły się w nowej rzeczywistości i z pożytkiem jej służyły w wielu urzędach i instytucjach państwowych, a także wojsku, policji i tajnych służbach.

Pierwsze symptomy zmian pojawiły się w lipcu 2012 r., kiedy parlament zaakceptował wniosek posłanki FIDESZ Marii Wittner (skazanej w 1956 r. na karę śmierci, zmienioną na dożywocie, uwolnionej w 1970 r.) aby

„wysokie emerytury osób, których aktywność w czasie od 1949 – do 1989, a zwłaszcza w roku 1956 była nie do pogodzenia z wartościami demokratycznymi – zostały obniżone”.

Wniosek zakładał, aby cięcia dotyczyły również emerytur i rent dla wdów i wdowców po osobach „uprzywilejowanych”, zatem potencjalny krąg był dosyć szeroki. Cięcia miały objąć m.in.: informatorów i oficerów tajnych służb, wyższych funkcjonariuszy administracji państwowej, Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej oraz jej młodzieżowej przybudówki. Potwierdzono, że chodzi o ostrzejszą weryfikację niż ta z 1991 r. Zaproponowano, aby procedurę nadzorowała powołana przez rząd 5-osobowa komisja, która będzie musiała ostatecznie ustalić kto i na zasadzie jakich kryteriów będzie kwalifikowany do weryfikacji. Komisja miała być uprawniona do analizy dokumentacji archiwalnej węgierskich służb bezpieczeństwa państwa, a także innych dokumentów zgromadzonych w archiwach. Skrajnie prawicowa partia JOBBIK oceniała, iż akcja cięcia „niesłusznie uzyskanych przywilejów emerytalnych” obejmie co najmniej kilka tysięcy świadczeń.

Wspomniana powyżej Komisja powołana została, bez rozgłosu, późną jesienią 2012 r. w strukturach Ministerstwa Sprawiedliwości. W dalszym procedowaniu ustaliła ona, że głównym kryterium wyłonienia pierwszej partii tysiąca osób, których reżimowa przeszłość poddana zostanie surowej ocenie komisyjnych sędziów, będą… nagrody i odznaczenia otrzymane od socjalistycznego państwa, gdyż „skutkowały one zwiększaniem świadczeń emerytalnych”. Niezmiennie bowiem kierowano się zasadą, iż weryfikacja ma koncentrować się na „sprawstwie” i konkretnych „winach”, a nie celować w wybrane jednostki czy grupy zawodowe (w odróżnieniu od przypadku Polski!). Oznaczało to w praktyce uznanie za pewnik, że jeśli ktoś był bardziej doceniony, to nie bez przyczyny. I ten klucz powinien był Komisję do takich niecnych ludzi doprowadzić.

W maju 2013 r. do mediów trafiła informacja, że Komisja Rządowa podjęła pierwszą decyzję o cięciach emerytur w wytypowanej grupie i że obniżki te mają objąć… 109 osób. Rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości, podsekretarz B. Rétvári powiedział, że osoby te brały aktywny udział w przewrocie komunistycznym na Węgrzech w roku 1947 i „utrwalaniu” systemu komunistycznego w latach 1945-1956 oraz zdławieniu antysowieckiego powstania w roku 1956. Wiele z tych osób było do 1989 r. działaczami Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, a niektórzy funkcjonariuszami komunistycznej bezpieki zatrudnionymi w tzw. departamencie III/III MSW, czyli policji politycznej. Ujawnił, że postanowiono odebrać im za karę dodatki do ich emerytur sięgające od 8 do 16 tysięcy forintów (tj. od ok. 110 do 200 PLN). Minister zgodził się, iż to niewiele, ale „chodziło o symboliczny gest”. Oznajmił też, że „nie jest to jednak ostateczna liczba decyzji, ponieważ Komisja bada nadal inne przypadki”. Powyższe decyzje miały wejść w życie dopiero w sierpniu 2013 r., ponieważ osoby nimi dotknięte miały prawo odwołania się do sądu. Autorowi tekstu nie znane są informacje o dalszych losach odwołań ani o kolejnych decyzjach Komisji, o ile nastąpiły. Wkrótce rząd V. Orbana wszystkich emerytów mundurowych sprzed 1990 r. „sprowadził do parteru” w inny sposób.

Wyrokiem z 18 lipca 2014 r. Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że węgierski zamiar restrukturyzacji emerytalnych świadczeń mundurowych i ich obniżenia o 12 do 16 procent poprzez opodatkowanie podatkiem dochodowym jest dopuszczalny. Premier Victor Orban zastosował tu chytry zabieg. Węgierscy „mundurowi” co prawda znajdowali się w powszechnym systemie emerytalnym, ale ich świadczenia nie były obłożone podatkiem dochodowym. Jak to na Węgrzech bywało i jest, są zasady i mnóstwo wyjątków. W 2011 r. rząd Orbana wymyślił regulację ustawową (CLXVII törvény), która znosiła świadczenia emerytalne dla byłych funkcjonariuszy służb mundurowych i zastępowała je świadczeniami opodatkowanymi na zasadach ogólnych.

Jak było do przewidzenia węgierscy „mundurowi” poczuli się oszukani. Ponad 13 tysięcy z nich tak szybko, jak było można, zwróciło się do Strasburga z – nieobcą nam skądinąd – argumentacją, że działania władz Węgier stanowią pogwałcenie art. 1 protokołu nr 1 do Konwencji o prawach człowieka, naruszenie praw nabytych, prawa do poszanowania własności, zaufania obywatela do państwa, itd. Trybunał jednak, ku ich zaskoczeniu, uznał, że redukcja świadczeń z ubezpieczenia społecznego jest dopuszczalna, zaś ta, przeprowadzona na Węgrzech, może być uznana za uzasadnioną i proporcjonalną. Nie pozostawia też ona osób nią dotkniętych bez środków do życia, bowiem skarżący otrzymują obecnie emeryturę porównywalną do świadczeń innych emerytów.

Oznaczało to de facto całkowite zwycięstwo Victora Orbana. Poza nielicznymi wyjątkami, dezubekizacja na Węgrzech, przez wiele lat po roku 1990, miała w zasadzie charakter „werbalny”. Jak widać na przykładzie omówionego wyżej działania Komisji dekomunizacyjnej oraz obniżki emerytur Orban – bez widocznych elementów zemsty i odwetu – osiągnął dekomunizacyjny cel polityczny. Przyjął bowiem, że starzy funkcjonariusze mundurowi nie są wrogami ani wolnych Węgier, ani jego osobiście. Nie uległ radykałom z prawej strony (JOBBIK). Ustawa nie miała charakteru zemsty na mitycznych „esbekach”, jak to przeforsowano w Polsce.

Ruch Orbana był o tyle nie fair, że gdyby ludzie działający w służbach zaraz po 1990 r. wiedzieli, że ich świadczenia będą kiedyś opodatkowane, to nie chcieliby żadnych „ulg podatkowych”, a siatka płac ukształtowałaby się zapewne na odpowiednio wyższym poziomie. Jednak objęcie ich PIT-em (średnio 14%), a tym samym zastosowanie „powszechnych reguł”, to nie to samo, co pozostawienie służącym w nowym systemie funkcjonariuszom zaledwie jednej trzeciej, czy nawet jednej czwartej ich dotychczasowego świadczenia, jak w Polsce. Gdyby w Polsce rząd oświadczył: „zbankrutowaliśmy. Od jutra WSZYSCY Polacy dostaną tylko emeryturę OBYWATELSKĄ”, zapewne żal oszukanych funkcjonariuszy byłby mniejszy. Niestety, to, co V. Orban potrafił zrobić w „białych rękawiczkach” i w sposób w miarę cywilizowany, jego nieudolny polski naśladowca zrobił „po trupach”, czyniąc sobie wrogów z kluczowych dla bezpieczeństwa naszego państwa funkcjonariuszy oraz ich rodzin.

Ślepe naśladownictwo V. Orbana jest niebezpieczne i szkodliwe dla Polski. Widać to jednak dopiero, kiedy dotrze się do materiałów źródłowych i rzetelnego opisu sytuacji na Węgrzech. W Polsce prawdziwego obrazu sytuacji na Węgrzech i dopływu istotnych informacji brak. Nie spełnia tego zadania PAP pod kierownictwem skierowanego tam z MSZ Artur Dmochowskiego. Ministerstwo jest bowiem w rękach J. Kaczyńskiego i rządu PiS instrumentem polityki zbliżenia z Węgrami. Wygląda na to, że J. Kaczyński i jego sztab zafascynowani są wypaczoną wizją węgierskiego państwa, które „po wiekach upokorzeń, dzielny Orban podniósł z kolan i w imię Boga i wartości chrześcijańskich /tak zapisano w Konstytucji/ twardą ręką prowadzi do świetlanej przyszłości”.

W Polsce mało kto zna język węgierski. A diabeł tkwi w szczegółach: ustawach, rozporządzeniach i innych decyzjach Budapesztu. Wydaje się, że Prezes i jego otoczenie dają posłuch jakimś bardzo sugestywnym piewcom zmian nad Dunajem, bardzo wrogo nastawionym do poprzednich rządów socjalistów, a pośrednio i do Brukseli. Nie są to jednak rzetelni obserwatorzy struktur rządowych V. Orbana! Wielu takich admiratorów rządów FIDESZ-u znaleźć można w kręgach (konserwatywno-katolickiej) węgierskiej Polonii, działają oni także w Polsce.

Gulaszowa orbanokracja

Trudno rozstrzygnąć, czy sztab J. Kaczyńskiego zdaje sobie do końca sprawę, iż rząd Orbana charakteryzowany jest przez niezależnych analityków amerykańskich, ale i wielu węgierskich badaczy ustrojowych, jako post-komunistyczna mafia, rodzaj całkiem nowego zjawiska w demokracji. Jak w praktyce wygląda węgierska rzeczywistość świadczą najlepiej podane niżej przykłady.

Mało który Węgier, a nawet mieszkaniec Budapesztu, orientuje się co to jest TEK. Rozwinięcie tego niewinnego skrótu to: Terrorelháritási Központ – Centrum Antyterrorystyczne. Powstało sobie niezauważone w 2010 r., rzekomo w związku ze zbliżającą się w roku następnym prezydencją Węgier w UE. Liczyło paręnaście osób. Prezydencja Węgier przeminęła, TEK pozostał – jako „tajna antyterrorystyczna jednostka policyjna” w ramach MSW. „Jednostka”, bo po cichu Orban zaczął ją przekształcać w kolejną służbę specjalną, działającą jednak poza jakimikolwiek strukturami służb cywilnych i wojskowych! Służy ochronie jego samego oraz bezpieczeństwa rządu i (swobodnie definiowanych) interesów państwa. Poza premierem i jego ministrem spraw wewnętrznych S. Pinterem nie podlega żadnemu nadzorowi ani kontroli. W pełni dyspozycyjnym szefem TEK Orban uczynił byłego osobistego ochroniarza Jánosa Hajdu.

Do dziś premier rozbudował swoją „gwardię przyboczną” do blisko 900 osób, z budżetem rocznym blisko 45 milionów EUR! Ta, gotowa na każde jego skinienie służba, wyposażona jest w najnowocześniejszy sprzęt i uzbrojenie. Ma swobodną możliwość stosowania wszelkich metod przypisanych policji oraz służbom specjalnych, bez żadnej autoryzacji. Wolno jej po prostu wszystko!

W szczególności TEK lokalizuje i gasi w zarodku wszelkie symptomy jakiejkolwiek aktywności, która zagrażałaby życiu, władzy i interesom V. Orbana.

Budynku parlamentu węgierskiego nijak ukryć się nie da. W minionych latach, zwłaszcza kiedy kończyły się rządy socjalisty F. Gyurcsanya, a także za panowania V. Orbana, buntujące się społeczeństwo podchodziło pod siedzibę wybrańców narodu. Do czasu. W kwietniu 2012 r. premier Orban postanowił, że budynku będzie bronić formacja zbrojna. I tak powstał „Parla-militarment”, jak trochę ironicznie określają teraz gmach przy Lajosa Kossutha co odważniejsi Węgrzy. Jest to jedyna w Europie zbrojna formacja ochrony parlamentu, pozostająca całkowicie poza strukturami policyjno-wojskowymi. W Polsce ogromne kontrowersje budzi budowa ażurowego płotu. A co będzie dalej? Zobaczymy.

emerytowany oficer Agencji Wywiadu
/ dane osobowe znane Fundacji


Tekst pochodzi ze strony http://fundacjapoint.pl/
Trwa ładowanie komentarzy...