Memuary Szpiegów

To krótka opowieść o naszej obecności w Nigerii. Warto wiedzieć, że dziesiątki polskich oficerów, służąc krajowi, także w czasach tak znienawidzonego przez obecną władzę PRL, wykonywało pracę operacyjną poza granicami kraju. Wiemy o tej pracy niewiele. I ze zrozumiałych względów każde takie wspomnienie jest cenne, bo pokazuje takie same służby, jak te z całego świata, z którymi przyszło nam rywalizować.

Wojciech Martynowicz: Do napisania tego, co teraz czytacie, przymierzałem się od wielu lat. Przelanie tych słów na papier byłoby dawniej nie do pomyślenia. Wyszkolono mnie zgodnie ze starą złodziejską (i szpiegowską) zasadą: jeśli cię złapią na gorącym uczynku do niczego się nie przyznawaj, a jeśli chwycą cię za rękę w której trzymasz łup (tajny mikrofilm) – zaprzeczaj, że to jest twoja ręka. Pamiętam dokładnie ten wykład w Kiejkutach. Tłumaczono nam, że skuteczność takiej strategii jest potwierdzana przez najlepszych prokuratorów. Oskarżyciele mają ułatwione zadanie, gdy podejrzany podejmuje z nimi dialog licząc, że wygra z wymiarem sprawiedliwości. Dlatego przez długie lata po oficjalnym odejściu ze służby taktownie milczałem. Zgodnie z zasadami. Bowiem szpiedzy też mają zasady.

Pierwszy raz milczałem, gdy Najjaśniejsza Rzeczypospolita w październiku 1990 roku, tuż po moim powrocie z Lagos, oświadczyła ustami mojego kolegi z kadr w Centrali: „Już tu nie pracujesz! W kasie czeka odprawa. Pokwituj odbiór świadectwa pracy. O, tu masz napisane, że jesteś zweryfikowany pozytywnie”. Kasę i świadectwo moralności odebrałem i poszedłem poszukać sobie jakiejś innej pracy. Długo nie szukałem.

Drugi raz milczałem, gdy Najjaśniejsza Rzeczypospolita w lutym 1991 roku zorientowała się, że w polskim wywiadzie cywilnym – zmuszonym do działania w nowej konfiguracji geopolitycznej w Europie – brakuje fachowców. Kolega z Centrali zadzwonił z pytaniem, czy bym nie wrócił do służby (już w nowym UOP) bo nie mają doświadczonych ludzi do roboty. Ktoś musi młody narybek szkolić. Nie byłem tym zbytnio zainteresowany, gdyż przechodziłem, jak miliony moich rodaków, zdumiewającą lekcję barbarzyńskiej fazy kapitalizmu. Pracowałem w prywatnej firmie i nie zamierzałem z tego „uniwersytetu” rezygnować. Udało mi się wtedy ocalić od bankructwa polski przemysł cukrowniczy. Serio. Kiedyś o tym napiszę.

Zarząd Wywiadu UOP kilka razy nieoficjalnie zachęcał mnie do powrotu do służby. Dałem się przekonać dopiero po trzech latach. Powrót obfitował w rozmaite atrakcyjne przygody. Ale był skuteczny. Pracowałem dla prezydenta Lecha Wałęsy i kolejnych prezydentów RP oraz jakże różnorodnych rządów.

Trzeci raz milczałem, gdy szesnaście lat później, w 2009 roku, Najjaśniejsza Rzeczypospolita poprzez swych reprezentantów w Sejmie uchwaliła, że jestem „bandytą” z mocy ustawy. I że myliłem się, kiedy uwierzyłem ustawie z 1994 roku, która wyraźnie stanowiła, że w służbie dla wolnej od „komunistów” Rzeczypospolitej Polskiej lata z „czasów niesłusznych” (PRL) będą liczone do mojej emerytury na równi z tymi, jakie wysłużę za „czasów słusznych”.

Dwa lata wcześniej odszedłem z przyczyn rodzinnych na pełną 75% emeryturę. Potem nie miałem już szans, jak ci, których ustawa zastała w służbie, aby odsłużyć dodatkowe lata i odzyskać po raz drugi pełną emeryturę według nowych, choć działających wstecz reguł. Wiara w państwo prawa okazała się kosztowną naiwnością. Najjaśniejsza Rzeczypospolita stwierdziła, że to co przez ostatnie 19 lat było uznawane za „grę w piłkę nożną” teraz jest „grą w piłkę ręczną” a wszystkie „bramki” zdobyte przeze mnie i innych oficerów za pomocą „kopnięcia piłki nogą” są nieważne właśnie z powodu użycia owej nogi. Liczne „ważne” polskie partie polityczne najwyraźniej uznały, że „niepotrzebni mogą odejść”. Przy okazji należy ich jednak dodatkowo kopnąć, aby wiedzieli, gdzie ich miejsce. I opluć – za „zdrady”, których się dopuścili. Wydawało się, że gorzej być nie może. Nic bardziej błędnego. Po ośmiu latach Najjaśniejsza Rzeczypospolita przygotowała kolejny cios w plecy.

Czwarty raz już nie milczałem. Napisałem Manifest. Gdzieś jest, jeśli dobrze poszukacie…

Lipiec 1989

Byłem wtedy na Czarnym Lądzie, w Nigerii, gdzie od połowy 1987 roku szefowałem strukturze zwanej w naszym slangu wywiadowczym punktem operacyjnym. W skrócie PO. I proszę z tego skrótu nie wyciągać żadnych dowcipnych wniosków. W poprzednich latach w Lagos było z reguły dwóch oficerów. Moim „podwładnym” został, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, dobry kumpel z czasów szkolenia w Kiejkutach. Potem kolega wyjechał i zostałem sam. W pewnym sensie. Byli oczywiście koledzy z Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Ulokowani w strukturze Biura Radcy Handlowego. Ale to też inna bajka…

Będąc kadrowym oficerem wywiadu cywilnego oficjalnie pełniłem skromną funkcję II sekretarza w Ambasadzie PRL w Lagos. Nazywaliśmy to w wywiadzie „przykryciem dyplomatycznym”. Taka pozycja miała swoje wady i zalety. Do zalet należał immunitet. O innych napiszę w innym miejscu, bo nie wszyscy czytelnicy muszą znać niuanse działania służb wywiadowczych. Poważną wadą takiego przykrycia była powszechna świadomość każdego kontrwywiadu, że wszystkie wywiady plasują swoich oficerów i współpracowników w placówkach dyplomatycznych i konsularnych. Jedyną trudnością dla kontrwywiadu było prawidłowe „przefiltrowanie” personelu placówki i wytypowanie tego, kto szpiegiem naprawdę jest. I subtelne kontrolowanie jego posunięć.

„Gdy wieje wiatr historii…”

Kiedy zbliżała się transformacja ustrojowa w Polsce jeden z moich kolegów z wywiadu, odbywający wtedy służbę w jednej z naszych rezydentur na kontynencie amerykańskim, postanowił pożegnać się z chylącym się ku upadkowi Peerelem. Tenże oficer, nazwany później w pewnym polskim tygodniku przez badacza z IPN „ostatnim zdrajcą PRL”, wystawił mnie Amerykanom. Podał im „na tacy” wszystko co wiedział o mnie, mojej roli w Centrali oraz pracy za granicą. Gość ten pracował ze mną w Centrali w jednym pokoju, biurko w biurko. I doskonale wiedział gdzie mnie wysłano. Po jego wyjeździe za Atlantyk przejąłem m.in. wszystkie prowadzone przez niego sprawy dotyczące tzw. dezerterów rezydujących na terenie USA – Kopczyńskiego, Spasowskiego, Rurarza i innych. Co znalazłem w tych sprawach? To już chichot historii…

Centralna Agencja Wywiadowcza USA postanowiła niezwłocznie działać. Od dłuższego czasu odnotowywałem „specyficzne” zainteresowanie moją osobą ze strony pewnego amerykańskiego dyplomaty. Co ciekawe, dobrano go do tej roli w niezrozumiały dla mnie sposób. Peter był Murzynem, z białą żoną i dwójką malutkich dzieci. Moje córki były już znacznie starsze, my z żoną starsi od amerykańskiej pary, więc nasze spotkania „towarzyskie” inicjowane przez Petera z daleka „pachniały” mi Agencją. Traktowałem to jako sytuację normalną, bowiem w Centrali przed wyjazdem do Lagos byłem oficerem dość szczególnej komórki operacyjnej – kontrwywiadu zagranicznego. Oficerem Wydziału X.

Zespół, w którym służyłem, tropił działania CIA na całym świecie, a na terenie USA monitorował operacje FBI przeciw naszym akcjom. Kierował nim znakomity fachowiec, Mistrz, od którego czerpałem wiedzę pełnymi garściami. Rozpracowywaliśmy także działania służb kanadyjskich. Oceniam, że normalna praca wywiadowcza na kierunku, gdzie celem jest rząd obcego państwa z całą gamą instytucji administracyjnych, gospodarczych czy militarnych, to wyzwanie standardowe. Ale tam gdzie celem są wyszkolone służby specjalne, to wyzwanie szczególne. Bo ten cel to równocześnie rywal. I to najczęściej nie byle jaki. W Lagos widziałem, że Amerykanie z CIA obwąchują mnie w sposób bezceremonialnie arogancki, ale nie utrudniałem. Co więcej, delikatnie sprawdzałem, jak daleko są gotowi się posunąć.

Jak sprawdzałem? Cóż…

Peter S. kończył właśnie dwuletnią turę w Nigerii i wkrótce przenoszono go do innego kraju na kolejne dwa lata. Jeździł fantastycznym, jak dla mnie, „wszystko mającym” samochodem – dwuletnią Hondą Accord. I musiał ją sprzedać. Zapytałem ile za nią chce, bo szukam samochodu. Warta była, jak pamiętam, prawie dziesięć tysięcy dolarów, których oczywiście nie miałem. Po cichu liczyłem, że CIA wykorzysta szansę, jaką im podsunąłem. Opylenie mi, gdybym na to poszedł, takiej bryki za ułamek ceny rynkowej dałoby im na przyszłość „dźwignię” nacisku wobec mojej osoby. I dowodziłoby przygotowań do werbowania mnie. Peter z szansy nie skorzystał. Ok. Wolna wola.

Kolejny ruch „nęcący” wyszedł mi zupełnie przypadkowo. 4 lipca w ogrodach rozległej rezydencji ambasadora USA w Lagos celebrowano Święto Niepodległości. Oczywiście byłem zaproszony. Z przyjęcia nie pamiętam dziś już zbyt wielu szczegółów. Poza dwoma.

Po pierwsze, „towarzysze radzieccy” po raz kolejny starali się spoić mnie whisky, jak zwykle wznosząc kolejne toasty i przepijając w moim kierunku. Próbowali tak od dwóch lat i za każdym razem im się nie udawało. Przytomny do nieprzytomności wracałem z dowolnego kierunku do ambasady, gdzie polscy dyplomaci mieli swoje kwatery. Testem trzeźwości była brama wjazdowa. Należało po jej przekroczeniu skręcić ostro w lewo w kolejną ciasną bramę, potem ostro w prawo, objechać budynek ambasady i zaparkować na tyłach w garażu, bez zadrapania po drodze lakieru służbowego samochodu. A potem wejść przez zawsze zamykaną kutą bramę bocznymi schodami na trzecie piętro, gdzie było moje mieszkanie. Moja pamięć, jeśli gubiła jakiekolwiek szczegóły, to dopiero po przekręceniu klucza w drzwiach od wewnątrz. Rano budziłem się, ku mojemu zdumieniu, bez śladów kaca. Zwykle około 6:00 rano, gdy starsza córka szykowała się do odjazdu specjalnym busikiem do Deutsche Schule Lagos. To była rutyna. Brak kaca doskwierał mi później przez wiele, wiele lat.

W tym miejscu ewentualnych paszkwilantów chcących się ochoczo ponabijać z moich peregrynacji z udziałem whisky z góry zapraszam na zawody. Nie ile kto wypije, ale kto w dniu następnym, ogolony i pod krawatem stawi się do pracy. Bo ja na pewno. Nawet jako emeryt. Nieco życzliwszych Czytelników informuję, że w ludzkiej krwi nasyconej niewielką, choć odpowiednią dawką dobrego alkoholu parazyty plasmodium falciparum długo nie przeżyją. Sprawdzone…

Drugi incydent miał, prawdopodobnie, znacznie poważniejsze konsekwencje. Popijając whisky w towarzystwie dyplomatów z rozmaitych krajów gwarzyłem to z tym, to z owym. Staliśmy w kilkanaście osób na trawniku. Kelnerzy dyskretnie roznosili na tacach napoje. Jeden z Rosjan zadał mi głośno, tak aby inni słyszeli, prowokacyjne pytanie: „Słuchaj, kiedy w Polsce ministrem spraw zagranicznych zostanie ktoś z „Solidarności” ?” Zgodnie z zasadą „pryncypialności” odkrzyknąłem gromko: „Nigdy!!!”, ale zrobiłem to z taką miną, że wszyscy zgodnie zarechotali. To ośmieliło stojącego z nami w kręgu nieznanego mi dyplomatę, który eleganckim językiem postawił hipotezę, że w Polsce partyjny beton PZPR jest w odwrocie i poprosił o opinię jak – moim zdaniem – to wszystko się zakończy.

Dalsza część tekstu znajduje się tutaj: https://fundacjapoint.pl/2017/03/memuary-szpiegow/
Trwa ładowanie komentarzy...