No to mamy...

Zlikwidujemy habilitacje – zapowiadał nie tak dawno minister Gowin, bo tak się dłużej utrzymać nie da – argumentuje. Ma to być panaceum na stan polskiej nauki. Bo jakość doktoratów spadła ostatnio i Polska nie dorasta poziomem naukowym do pięt krajom wiodącym. Ano nie, ale czy to wynika z istnienia w naszym systemie awansu naukowego i pozycjonowania lokalnych uczonych stopnia naukowego doktora habilitowanego? Podkreślam „lokalnych”, bo Świat i tak inaczej uczonych pozycjonuje.

Prof. Tomasz J. Bajerowski: W pewnym momencie rozwoju (przyjmijmy, że tak) Polski, ktoś wpadł na pomysł upowszechnienia szkolnictwa wyższego, bo odstajemy od krajów wiodących. Za mało mamy magistrów i inżynierów, nie wspominając o bycie, do tamtej pory w zasadzie nieznanym – licencjacie.

„Zrobię magistrata i se pójdę na doktorata” – mówiła w migawce telewizyjnej zaczepiona na ulicy kandydatka na studia. Nie wiem, czy chodziło jej o szerzej pojętą politykę prokreacyjną naszego państwa, czy jednak o zdolności inżyniersko-techniczne niezbędne przy konstruowaniu „doktorata”.

Byłoby śmieszne, gdyby nie odzwierciedlało w pewnym sensie poziomu intelektualnego kandydatów na studia uniwersyteckie. Chcieliśmy ich „upowszechnić”, no to mamy…

Bo takich zaczęliśmy mieć. Studia bez egzaminów wstępnych, z kryterium ocen wyniesionych ze szkół średnich, w których zaczęły królować okrojone programy ogólnokształcące, testy jednokrotnego wyboru i „kolorowanie drwala” na udostępnionych obrazkach. Oczywiście, pismo obrazkowe było przełomem w rozwoju homo sapiens, ale od tego czasu już trochę minęło. Niewątpliwie pismo obrazkowe pozwala na względnie bezproblemowe „wytłumaczenie” przeciętnemu kupującemu lodówkę, czy odkurzacz, ba, nawet współczesny samochód czy komputer, procedury uruchamiania nowo zakupionego sprzętu – „szybkiego startu”, ale czy o takim Obywatelu marzyliśmy? O takim „powszechnym”?

Czy to jest odpowiednia podstawa do dalszego kształcenia, jak to się obecnie ładnie mówi – zasobów ludzkich, które ma prowadzić do wzrostu poziomu naukowego w Polsce?

Ilość nigdy nie przechodzi w jakość. Rzeczy rzadkie i unikalne zawsze są „w cenie”, zawsze są poszukiwane. Praw ekonomii, tak jak fizyki, się nie przeskoczy, a zwłaszcza zrobiwszy „doktorata”. Dobrze, skrupulatnie sprawdzony egzamin na końcowym roku studiów potrafi skończyć się totalną klęską w ocenach. Większość nie zdaje. Czemu? Nie potrafi kojarzyć faktów, nie przyswaja wiedzy, nauczona jest „copy – paste” i procedury pokonywania testów. Taka większość, potrafi postulować obniżenie poziomu oceniania, tak aby zdało więcej, bo za tydzień ma egzamin inżynierski i „musi” mieć wszystko pozaliczane przed… Musi?

Tymczasem, weźmy pierwsze z brzegu dziedziny gospodarki, te wiodące, te rynkowe, napędzające również rozwój ogólny każdego państwa, jak sądzę – na przykład przemysł motoryzacyjny. Co się stało, że w Polsce go nie ma?

Są montownie i różne podobne fabryki, owszem, dające miejsca pracy, ale nie uczące nikogo nic poza mechanicznymi czynnościami „na taśmie” lub klikania w panele sterujące robotów przemysłowych. Magiczne słowa – roboty przemysłowe. Roboty, które jednak ktoś wymyślił i skonstruował, i nie był to żaden pracownik z „taśmy”. A przecież mieliśmy przynajmniej początki, czy nawet cały epizod motoryzacyjny w tak zwanej historii Polski.

Licencje, licencjami, ale to jest właśnie nauka praktyczna, która zwykle prowadzi do własnego rozwoju. Uczymy się od innych, jeśli sami „na to nie wpadliśmy”, przez analogię, przez podglądanie, od zawsze.

Dobrze rozwinięty przemysł musi szukać nowych rozwiązań, które zagwarantują przedsiębiorstwom utrzymanie się na rynku. Nowe rozwiązania, to wynik badań naukowych. Badania naukowe, to pieniądze. Płaczemy nad poziomem komercjalizacji badań naukowych. Przedsiębiorcy ich nie finansują, bo to co im w Polsce potrzebne mają z zewnątrz lub uważają, że nie jest im potrzebne, lub poziom naszych uczonych jest zbyt niski, aby takie rozwiązania były powszechnie przez nich opracowywane. Możliwe. Jest zbyt niski, bo niedofinansowany. Ale przecież „wszyscy” wiedzą, że przemysł napędza badania naukowe, a one przemysł – sprzężenie zwrotne, termin, w zasadzie naukowy…

Przemysł obronny? Dawne licencje pozwoliły nam „stanąć” w pewnym sensie na nogi, ale rozwój własnych systemów obronnych pozostawia wiele do życzenia, chociaż tu, to akurat tradycje mamy raczej istotne i jak się dobrze przyjrzeć, nie do końca „w nauce” jest problem. Branża informatyczna?

A przecież mamy bliższych i „dalszych” sąsiadów, którzy te problemy rozwiązali rynkowo znacznie lepiej dając szanse rodzimej nauce. Czesi produkują coraz lepsze samochody i wciąż niezłą broń, Rumuni na Dacię, z rodowodem w Renault i Nissanie dają 5 lat gwarancji. A my? Chcieliśmy powszechnej edukacji uniwersyteckiej, no to mamy.

Nie w habilitacjach jest, moim zdaniem, problem, a wciąż w zdegenerowanym, co i rusz, na kolanie łatanym systemie edukacyjnym, począwszy niemalże od żłobka. Na „kombinowaniu” w programach nauczania, które zamiast rozwijać wyobraźnię i umiejętność samodzielnego myślenia, która kiedyś pozwoliła naszym przodkom zleźć z drzewa i nie uciec na nie szybko z powrotem, uczą „mechanicznego życia”, wygodnego wprawdzie do zarządzania takim zasobem ludzkim, ale uwsteczniającego ów zasób w ewolucji.

Nie w habilitacjach jest problem, a w niedofinansowaniu nauki i edukacji. Nauki, między innymi, ze względu na brak komercyjnego finansowania, a edukacji, ze względu na „brak” prostego przełożenia – wykształcony wyborca – odpowiedzialny, propaństwowy polityk. Bez dowartościowanego systemu edukacji, bez dowartościowanych nauczycieli, z powszechnym dostępem do studiów uniwersyteckich, poziomu naukowego w Polsce nie podniesiemy. O to co państwowe, państwo powinno dbać. Po to jest. Państwowy system – państwowe pieniądze – współczesna praca organiczna, praca u podstaw, ale nie za grosze…

No i ta mobilność. Postulowana ostatnio przez oderwanych od życia reformatorów. Mobilność sama w sobie oczywiście zła nie jest, tyle że w Polsce teraz nierealna. Nie stać na nią prawie nikogo, za wyjątkiem niewielu osób, które albo się nauce całkowicie, podkreślam, całkowicie chcą poświęcić i nie dbają o nic więcej, albo są na tyle majętne, że ich na to stać.

Bo jeśli zwłaszcza młodych uczonych będzie na to stać, to czemu nie? Ale kredyty na mieszkania i domy, a jak jeszcze we frankach, to taka kotwica, że nie dadzą rady ze względów finansowych. Kredyty doprowadziły wielu moich młodszych Kolegów Uczonych do stanu niesprzedawalności ich domów czy mieszkań – ich wartość stała się dużo niższa od wartości kredytu. Taki jest jeszcze do tego rynek nieruchomości w Polsce, takie są realia, to jak tu być mobilnym? Abstrakcja.

Nie tędy droga, moim skromnym zdaniem, i jak czytam, że mobilność, to myślę – a dom, a kredyty, a zarobki – bo przecież to są wszystko normalni ludzie – chyba że wracamy do czasów, kiedy nauka to był zakon (stąd togi i katedry) i tylko męski zawód i tylko dla bezżennych.

Prof. Tomasz J. Bajerowski

Tekst pochodzi z portalu: https://fundacjapoint.pl/
Trwa ładowanie komentarzy...